Nie narzekam – najczęściej wypowiadane kłamstwo świata

https://www.youtube.com/watch?v=dp2po8HRC6k

Odkąd ezoteryczny Poznań zderzył się z idealnym pocieszeniem trochę się u mnie zmieniło. W czasie tej dość krętej wędrówki spotkałam Glorię i Stevena, zapomniałam o istnieniu Kate i niejednego Bryana zmieszałam z błotem.

Obejrzałam mnóstwo relacji na Instagramie, przestałam słuchać radia, codziennych wiadomości, odrobinę ruszyłam do przodu, zdarzyło się, że uwierzyłam, że jestem w stanie dostać dokładnie to, czego chcę, nie przestałam słuchać smutnych piosenek, ale jednocześnie zapragnęłam towarzystwa.

Czy ma to jakikolwiek związek z największym kłamstwem świata jakim jest stwierdzenie, że nie narzekam – nie sądzę. Po prostu zawsze całkiem nieźle wychodziło mi pieprzenie kota za pomocą młotka, więc i tym razem postanowiłam od tego zacząć.

Narzeka ksiądz i narzeka prezydent, narzeka Steven, który właśnie spotkał Kate, gdzieś na Zachodnim Wybrzeżu, popijając w jej towarzystwie nieumiejętnie przygotowane latte. Narzeka wieloryb i panda, chociaż nie potrafią wyrazić tego słowami. Prawdopodobnie narzeka Gosia Rozenek i Kinga Rusin, chociaż to nie jest być może najlepiej dobrany duet do porównań.

Nie jestem pewna czy narzeka papież, bo on przynajmniej z założenia powinien wierzyć, że cokolwiek można zmienić, inaczej nie był by papieżem. Narzeka Irena ze spożywczego i Mirek z masarni.

Kto nie narzeka? Kto nie narzeka ten wygrywa dwa razy.

D

l

a

c

z

e

g

o

?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musiałabym być przewidywalna, a nie ma nic gorszego niż oczywista świadomość tego że po czerwonym świetle wreszcie włącza się zielone lub co gorsza, że po głębokim żółtym przychodzi czerwone, które paraliżuje, zaciąga ręczny i wcale nie uspokaja, ale…, ale w tym czasie można przecież nałożyć szminkę albo połączyć się z dostawcą, dostawcą pizzy oczywiście lub zupy wontom.

Boshe, Jeżu, nie zostanę blogerką, przeszywa mnie gdzieś z tyłu głowy ta myśl, jestem mało asertywna.

Jak dziwnie, jak dziwnie, być człowiekiem. 

 

Reklamy

Gloria

asphalt autumn beauty colorful
Photo by Pixabay on Pexels.com

Kiedy zadzwonił telefon, Słońce zachodziło swoim pieprzonym jesiennym blaskiem, a ludzie w koło nadal wmawiali sobie, że październik nie nadchodzi, że ten specyficzny zapach powietrza, w powiązaniu z mgłą spowijającą poranki nie zwiastuje końca upalnego lata. Odsuwali od siebie wizję gorącej herbaty, zaparowanych szyb, ciągłego niedospania i zbyt wcześnie zapadającego zmroku.

Steven, niegdyś chłopak o najbardziej pojebanym imieniu na całym osiedlu odetchnął głęboko i jednym przesunięciem palca odebrał telefon, którego spodziewał się od dawna.

-Ojciec nie żyje – powiedziała Kate, dziewczyna nosząca jedno z najbardziej typowych imion na całym Zachodnim Wybrzeżu.

I chociaż za oknem nadal słychać było donośny warkot silnika,  a z kuchni dochodził głos popołudniowych wiadomości, to Steven zdał sobie sprawę, że pomimo całego smutku i żalu jaki żywił do Bryana, pewien rozdział jego stosunkowo krótkiego jeszcze życia został zamknięty. Jednocześnie poczuł ulgę i niedowierzanie wobec nieopuszczającej go od paru sekund myśli, że nie odwiedzając w ciągu ostatnich kilku tygodni ojca podstąpił niewłaściwie, może odrobinę zbyt egoistycznie.

Kurtyna zapadła, należało żyć dalej z przez lata wpojonym przez Bryana przekonaniem, że nic się nie znaczy, a wszystkiemu winna jest Gloria, piękna Polka z Wrocławia o dość niestandardowym jak na czasy, w których przyszło jej dorastać imieniu, co już na wstępie każdej znajomości czyniło ją wyjątkową. Gloria bowiem pod koniec lat osiemdziesiątych w jednej z nowojorskich knajp zawróciła Bryanowi w głowie i nie do końca chwała jej za to, myślał Steven, z pełną świadomością tego, że gdyby nie jej wielkie, piwne oczy i kręcone włosy, w tej chwili nie zaciągałby się papierosem wyglądając przez okno swojego mieszkania.

Idealne pocieszenie

20180119_223224-1

Gdy byłam młodsza, uważałam że z pewnością przywódca Korei Północnej, papież, Briteny Spears czy Michał Wiśniewski nie miewają gorszych dni. Potem trochę podrosłam i dotarło do mnie, że Britney nie ma łatwo a Michał chyba lubi hazard. Zauważyłam, że bogaci również potrzebują snu i manna nie leci im z nieba. Założyłam jednak, że gdy wejdę w dorosłe życie, to świat może nie stanie przede mną otworem ale przynajmniej będę miała się do kogo odezwać i mieć za co zapłacić rachunki.

Po latach marzeń, owocujących ciągłą nadzieją na lepsze jutro, które naprawdę przychodziło – z każdym zdanym egzaminem, rozwiązanym testem czy przeczytaną książką, zdałam sobie sprawę, że znalazłam się w ciemnej dupie. Dupa ta jest z pewnością ciemniejsza niż zmierzch cywilny w czasie nocy polarnej, mimo że wciąż mam za co zapłacić rachunki, a przy tym moja lodówka nie świeci pustkami.

Nowy rok stara ja. Nie zainteresowałam się rękodziełem , po tygodniu przestałam być wdzięczna, zjadłam mnóstwo śmieciowego żarcia, nie zarobiłam hajsu, nie przeczytałam żadnej książki, nie machnęłam ręką, kiwnęłam palcem i doszłam do wniosku, że idealne pocieszenie nie istnieje. Mieć

s

z

e

r

o

k

a

perspektywy

a może tylko

horyzonty?

Ezoteryczny Poznań

wakacje po sezonie 2

Gdzieś pomiędzy niedopitą herbatą, której nie chciało mi się zrobić, a nadzieją na szybki i bezbolesny piątek, jak typowy lamus zastanawiam się nad znaczeniem obcego mi słowa ezoteryczny. 

Chwiejnym krokiem, pomimo braku nadziei, która odeszła wraz z zachodzącym prawie wczesnojesiennym Słońcem, nie zmierzam ku lodówce by utopić smutki w rozkoszy zimnego piwa rodem z Warszawy. I wtedy przypomina mnie się, że gdzieś w zakamarkach lodówki, w której po otwarciu nie świeci się światło, stoi wiśnióweczka. Wiśnióweczka z Mazowsza.

Ach, jakże przyjemnie byłoby napić się herbaty z tym wiśniowym prądem, zapomnieć, że za oknem jeszcze nie plucha, nie śnieg lecz jedynie pomruki końca lata, które w zasadzie w tym roku nie zdążyło się rozpakować. Ach, jakże miło byłoby pożałować wszystkich narzekań poczynionych w lipcowe dni, kiedy Słońce w samochodzie bez klimatyzacji spijało wszelkie siły, dzierżąc w prawie dłoni nektar pół rodem z Biedronki, pół z Mazowsza, gęsto okraszony cytryną.

Pomimo zimna dogłębnie przeszywającego me ramiona, odkładając wieczorny rytuał kąpieli na chwilę tuż po otwarciu oczu, nadal łudząc się, jak od wielu lat, że niczym jutrzenka wstanę o brzasku, odmawiam spożycia szlachetnego trunku.

I tylko jedna myśl pozwala mi przetrwać to rozczarowanie, ujarzmić gorycz płynącą wprost z mego serca… To wspomnienie, Chodakowskiej Ewy wspomnienie, wyraźny kontur jej lica, przeszywający mój umysł, lista zakupów, których nigdy nie zrobię i ćwiczenia wykonywane od czasu do czasu. I mimo świadomości, że w ostatecznym rozrachunku skrzętnie wykonanego przez kalkulator bmi ten drobny wybryk nie zrujnowałby moich nieistniejących statystyk, to odmawiam, z siłą, odwagą i wizją zmiany diety na właściwą od jutra, przysłowiowego jutra, które jest nadal dziś.

Śniadanie do łóżka

j. dz.

Może i przegram swoje życie, oglądając na Instagramie zdjęcia, których nigdy nie zrobię, usiłując zasnąć z kurami przy filmie, który nie dostanie nawet nominacji do nominacji do Oscara, próbując przy tym wmówić sobie, że od jutra zrobię wszytko by rozwijać swoje pasje, spalać zbędne kalorie i rozkręcić własny biznes, aktualnie niebędący nawet w zasięgu mojej ręki ani nawet przelotu samolotem.

Może tak właśnie będzie, może przeżyję w swoje życie w oczekiwaniu na lepsze jutro, na lepszą siebie, lepszych ludzi, lepszą okazję i ostatnią chwilę. Może nigdy nie ruszę się
z miejsca, może zawsze będę zastanawiać się czy mam rację i czy inni nie zrobiliby tego lepiej. Może nigdy nie przeczytam książek z nieistniejącej listy i nie obejrzę Misia, Seksmisji czy Dekalogu w całości.

Może wreszcie otworzę oczy.

Może jednak będę w stanie przeżyć swoje życie będąc w pełni świadomą, że lepszego jutra nigdy nie będzie, bo twoje lepsze jutro to czyjeś teraz, bo lepsze jutro może być tylko tu i teraz.

Pieprzenie o Szopenie

Pieprzenie o Szopenie vol. 1

balon 1

Wszyscy pierzymy o Szopenie, jednym z nas słoń nadepnął na ucho, drudzy mają słuch absolutny. Każdego dnia wielu z nas otwiera oczy z wyrazem przygnębienia na twarzy, towarzyszącym nam już w chwili gdy kładliśmy się spać. Denerwuje nas wysokość podatku dochodowego brutto, graffiti na ścianie, zmiany w przepisach dotyczących 500 plus, nie spłacona pożyczka, hipoteka na dom, zepsuty odkurzacz
i zakaz prowadzenia po chociażby minimalnej ilości alkoholu, kiedy spokojnie sącząc czteroprocentowy cydr przypominasz sobie, że obiecałeś podrzucić ciocię Wiesię na imieniny wujka Henka, bo jej dzieci pojechały na Hel i nie mogą tego zrobić albo zwrócić pożyczony przed rokiem namiot na biwak, na który nigdy nie pojechałeś. Co wtedy robisz? Popierdzielasz z tym namiotem przez pół miasta, by przez pierwszych 15 minut od chwili, gdy zdałeś sobie sprawę, że nici z podróży klimatyzowaną mazdą w gazie, pieprzyć o Szopenie.

Lekarzy denerwują niskie pensje i wieczne kolejki, prawników to, że jest ich co raz więcej, wykładowców akademickich to, że studenci z roku na rok są co raz głupsi,
a budowlańców słońce opiekające ich plecy przy robocie.

Musimy się więc tą wiedzą z kimś podzielić, ze współpracownikami, mamą, księdzem lub panią z banku. Kończy się szkoła, zaczyna praca i znowu pieprzymy o Szopenie. Zarobki są zbyt niskie, szef upierdliwy a koledzy z pracy to konfidenci. Przychodzi emerytura, nie ma na leki, dzieci zapominają, a kot chce tylko mleka.

Czy istnieją tacy, którzy nie pieprzą o Szopenie? Na pewno nie istnieją tacy, którzy nigdy tego nie robili. Być może jednak znajdziesz gdzieś tych, którzy zrozumieli, że nie warto tego robić. Nie, nie dlatego, że uwierzyli w dobre rady Paulo Coelho, czy przez życie prowadzi ich Biblia. Oni znaleźli równowagę, która czasem zachwiana przez pieprzenie o Szopenie spowodowane tym, że ceny paliw poszły do góry ostatecznie jest stała.

Czy warto zatem pieprzyć o Szopenie? Warto, tylko dlatego by zrozumieć, że nie ma sensu tego robić.